Mt. Rainier

Pod koniec października, korzystając z ostatnich w tym roku dni bez deszczu, wybraliśmy się do Parku Narodowego Mt. Rainier. Sama góra to wciąż czynny wulkan (chyba też dość niebezpieczny…). Na szczęście tym razem spał i tylko swoimi rozmiarami przypominał, kto tak naprawdę jest tu górą. Park jest olbrzymi! Piesza trasa wokół wulkanu to jakieś 5 dni

Meksykańskie pisanki i Bolesławiec

W Wielką Sobotę wybraliśmy się na spacer po Seattle i znaleźliśmy coś, co tłumaczy skąd tak łatwo przychodzi nam się na co dzień dogadywać 😉 Otóż w Meksyku też mają Bolesławiec, no i pisanki. Pisanki są co prawda znane chyba wszędzie na świecie (wg Wikipedii tradycja pochodzi ze starożytnej Mezopotamii i została zaadaptowana w chrześcijaństwie),

Pastoral epistles (listy pasterskie)

Ponieważ dziś 26 grudnia, tradycyjnie list pasterski episkopatu (choć nie, dziś to będzie rektora KUL…?), chciałbym wspomnieć o inicjatywie arcybiskupa Seattle, Peter’a Sartain’a. Na początku adwentu przesłał on do parafii swojej diecezji apel o pomoc organizacji utrzymującej domy dla ludzi w potrzebie – bezdomnych, biednych (choć robią dużo więcej niż tylko to, więcej na stronie

Christmas Neighborhood

Zwyczaj ozdabiania domów w czasie bożonarodzeniowego szału zakupów idzie tutaj znacznie dalej niż to, co znam z Polski. Wystarczy odejść od głównej ulicy by z dala od świateł samochodów (ruch zamiera tutaj dopiero późnym wieczorem) poprzyglądać się takim widokom. Ładnie to wygląda, nie powiem – ale chyba strasznie dużo pracy też kosztuje… 😉 więc leniwiec

Kolacja Wigilijna

Dziś przygotowaliśmy polsko-amerykańską kolację wigilijną. Karpia zastąpił łosoś, a mandarynki – maliny i kiwi. Za to mamy kutię i makowiec 🙂 (wykupiliśmy chyba cały mak w supermarkecie – tutaj prawie nikt go nie używa, bo to raczej taki narkotyk). Akcenty amerykańskie to przede wszystkim miejsce i język, ale też prezenty otwieramy jutro – tutaj nie

Two days in Georgia

To było w zeszły wtorek… nie, zaraz, w zeszły czwartek… właściwie to w piątek i w sobotę… Zresztą, nieważnie kiedy, ważne, że było. Wyjechaliśmy na dwa krótkie dni do cioci Marysi, do Atlanty, gdzie córka cioci Marysi, Raylene, wzięła ślub z Danielem. Piękny był to ślub i trochę inny niż nasze. Zaczął się od dostojnego

Election Day

Temat w Polsce być może już nieco przebrzmiały (przy okazji – ktoś się wybiera na emigrację? miejsce jest 😉 no i podobno to szczyt szczytów wybrać PiS i wyemigrować…) ale jednak spieszę donieść, że… …ja też zagłosowałem! Było przy tym nieco stresu, bo w pierwszej kolejności zapisałem się w Domu Polskim w Seattle, potem kupiliśmy bilety

Home Sweet Home

W kolejności nie do końca chronologicznej… Znaleźliśmy domek na prerii… tfu, na przedmieściach 😉 Wprowadzamy się tam za tydzień, pierwszego dnia listopada – technicznie zapewne drugiego, ale pierwszego sporządza się protokół przekazania – tak jak u nas, choć mam wrażenie, że jest to tutaj bardziej istotne. W każdym razie nasza pomoc z Dwellworks (firma, która

Seattle & Pike Place

Ostatnia sobota to trzy ostatnie opcje mieszkalne, ale potem to już luz-blues i spacer po Seattle.   Sklep polski to technologia przyszłości, teleportuje z powrotem do nas w mgnieniu oka, był nawet pieprz czarny mielony w zielonej torebce i ptasie mleczko. Sam nie wymyśliłbym tego lepiej. Ach! No i polski sklep z ceramiką i drobiazgami z

Place to Call Your Own

Szukamy mieszkania… Wygląda to nieco inaczej niż w Warszawie: standard wyższy (choć też okolica chyba po prostu nieco lepsza niż “typowe” USA), ale też dużo budynków/mieszkań obsługiwanych jest przez wyspecjalizowane biura. Mamy zatem blok (lub cały kwartał) wybudowany przez (“naszego”) dewelopera, ale ten, zamiast sprzedawać, otwiera działalność polegającą na wynajmie. Budynek ma menedżera, stale otwarte